Nie wiem jak zacząć, żeby nie wyszło banalnie. 9. edycja ‘intergalaktycznego festiwalu z atmosferą’ dobiegła końca? Kolejne międzynarodowe spotkanie kultury hip-hop przeszło do historii? Hip Hop Kemp ponownie zebrał rzesze fanów czarnej muzyki i dobrej zabawy w czeskim Hradec Kralove?
Co bym nie napisała, i tak nie zdołam wyrazić fenomenu tego wydarzenia. Tak jak ktoś dobrze powiedział – na Kempie jest inna rzeczywistość, której nie zrozumie ten, kto nigdy tam nie był. Dla takich moja relacja może nie mieć znaczenia, a dla tych co byli jest niepotrzebna. Ale że napisać trzeba, dlatego – minimum słów, maksimum treści.
Teren festiwalu w Hradec Kralove w dniach 19-21 sierpnia zamienił się w prawdziwe miasteczko hip-hopu, pełne zagorzałych patriotów. Wszystko zaczęło się już w środę 18 sierpnia, kiedy pole namiotowe powoli zapełniało się kolejnymi przybyszami. Wieczorną rozgrzewkę przed pierwszym dniem koncertów zapewnili didżeje w imprezowych hangarach. I hip-hopowe miasteczko zaczęło tętnić życiem.
Najlepszym koncertem pierwszego dnia festiwalu był bez wątpienia wspólny występ Freeway’a i Jake One’a. Panowie, prezentując materiał ze swojej najnowszej płyty, dali jeden z najfajniejszcyh koncertów na festiwalu. Niestety, ominął mnie Sage Francis, którego bardzo chciałam zobaczyć, ale z tego co mówią inni, jego występ nie wszystkim przypadł do gustu. Podobnie Roots Manuva, którego koncertu prawie nie pamiętam (nie z mojej winy, po prostu nie wyróżniał się niczym szczególnym).
Drugi dzień zapowiadał się wybornie. Chali 2na, Masta Ace, Boot Camp Clik - same legendy. Wygrał Chali. Razem ze swoim młodszym bratem i zespołem House Of Vibes świetnie bawili się muzyką. Zrobili najbardziej pozytywne i niesamowite show, które w moim osobistym rankingu festiwalowym zajmuje drugie miejsce. Masta i BCC też pokazali klasę, ale czegoś zabrakło. Masta jakoś nigdy mnie do końca nie przekonywał, a BCC… no czegoś zabrakło. Z tego co wiem, wielu fanów zawiodło się ich występem.
Ostatni dzień Kempu przyniósł wiele niespodzianek. I już nie chodzi nawet o to, że miałam urodziny, ale byłam bardzo pozytywnie zaskoczona koncertami. Po pierwsze – Fashawn & Exile. Świeżak, z którym po raz pierwszy miałam do czynienia i jeden z moich ulubionych producentów. Widać było, że Fashawn nie czuje się jeszcze zbyt pewnie na scenie, ale razem z Exile (który nawet zarapował z nim jeden kawałek i pokazał na co go stać nie tylko za gramofonami) zagrali profesjonalny, a jednocześnie bardzo świeży koncert. Fashawn pokazał, że warto poświęcić mu trochę więcej uwagi.
Po drugie – Foreign Beggars. Koncert, po którym mój znajomy zamilkł na dobre pół godziny. Ich pierwszy występ na Kempie w 2005 roku został okrzyknięty najlepszym koncertem Hip Hop Kempu. I tym razem tytuł również został obroniony. Większość uczestników festiwalu przyzna mi rację, że był to najbardziej żywiołowy, porywający, no i najlepszy koncert tegorocznej edycji. W moim osobistym rankingu pierwsze miejsce.
I na koniec główna gwiazda festiwalu – duet Reflection Eternal, czyli Talib Kweli plus Hi-Tek. Po takiej mocy, jaką pokazali Foreign Beggars, nic nie mogło im dorównać. Moim zdaniem, to oni powinni być główną i ostatnią gwiazdą wieczoru. A co do Reflection – poprawnie. Nic szczególnego, dużo znanych kawałków, sam Hi-Tek pokazał się z bardzo dobrej strony i, podobnie jak Exile, zaskoczył swoimi niezłymi umiejętnościami mikrofonowymi. Mimo wszystko, poziom utrzymany.
Nie można również zapomnieć o jakże silnej polskiej reprezentaji podczas tegorocznego Hip Hop Kempu - zarówno na scenie, jak i pod nią. Z roku na rok do Hradec przybywa coraz więcej Polaków, by celebrować to najważniejsze święto hip-hopu razem z naszymi sąsiadami. A jeśli chodzi o scenę, polscy wykonawcy nie zawiedli. Ostry, Pezet, Małolat, Małpa, HIFI Banda – zebrali pod sceną nie lada tłumy, a w niektórych przypadkach nawet więcej, niż niektórzy zagraniczni artyści. Ostry – na poziomie, Małpa – spodziewałam się czegoś więcej, HIFI Bandy nie widziałam, za to bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie Pezet i Małolat, których wspólny koncert był chyba najlepszym z polskich występów. Bardzo żałuję, że nie zobaczyłam Returnersów w akcji, ale jestem pewna, że godnie nas reprezentowali.
Muszę wspomnieć o jeszcze jednym miłym zaskoczeniu – La Melodia. Młoda dziewczyna z Holandii, która zdołała przyciągnąć moją uwagę bardziej niż niejeden samiec i utrzymać ją przez cały swój koncert. Bardzo ładna, bardzo żywiołowa, bardzo pozytywna, bardzo sympatyczna, bardzo dobra muzyka i bardzo fajny koncert. Mam nadzieję, że wkrótce będzie o niej głośniej.
Oprócz muzyki organizatorzy zapewnili mnóstwo innych atrakcji, z których największą popularnością cieszyły się chyba zapasy dziewcząt w czekoladzie:) Wszystko to składało się na niepowtarzalny klimat całego miejsca, gdzie nawet przy budce z hot-dogami można było spotkać kogoś sławnego i chwilę pogadać. O kempingu już nie wspominając, bo to, co tam się dzieje jest kolejnym niepojętym fenomenem Kempu.
Chyba nie udało mi się ani z minimum słów, ani z maksimum treści. Strasznie ciężko napisać relację z wydarzenia, z którego natłok wrażeń przyćmiewa pamięć. Nie bez powodu Hip Hop Kemp nazywany jest festiwalem z atmosferą. W trakcie tych paru dni można na nowo zakochać się w hip-hopie, nawiązać nowe znajomości czy bezpośredni kontakt z artystami, zobaczyć ludzi z magnetofonami na ramieniach, tańczących i rapujących gdzie popadnie, niczym na legendarnym Bronxie.
Tak naprawdę, opinii, rankingów i relacji jest tyle, ilu uczestników festiwalu, więc nie ma co się przekrzykiwać kto był lepszy. Jednak jednego jestem pewna – były to napiękniejsze dni w roku dla wielu z nas, a sam Hip Hop Kemp staje się powoli prawdziwą mekką dla wszystkich fanów hip-hopu. Zatem do zobaczenia za rok Kempowicze!
Na HHK pojechała dla Was Justyna Bajszczak







Dodaj komentarz