Cudny prezent świąteczny prawie przez miesiąc rozbrzmiewał w moich głośnikach, zanim odważyłam się o nim napisać.
Miód dla moich uszu… Hrabia Miód. Odpręża, uspokaja i jednocześnie tętni energią, czyli to co najlepsze może dawać muzyka.
30 listopada 2011 roku swoją premierę miała najnowsza płyta braci Waglewskich „Zwierzę bez nogi”.
Przyznam, że nie umiem ustosunkować się do samego tytułu, nawet numer trzeci o tej samej nazwie mi nie pomógł. Może jestem za mało spostrzegawcza. Ale to bez różnicy.
Płyta wyszła na świat w dziesiątą rocznicę debiutu „Polepionych dźwięków”. Jest podsumowaniem dekady twórczości. Istnym wehikułem czasu.
Już pierwszy track jest zapowiedzią niesamowitej podróży w przeszłość, teksty dobrze znane z poprzednich płyt, dźwięki też jakby znajome. Słuchając płyty pierwszy raz miałam wrażenie jakbym już dobrze ją znała. Jakbym sięgnęła po starą, zakurzoną płytę i odkurzała ją powoli w mojej pamięci.
W tej sytuacji można uznać, ze nie wnosi ona nic nowego, jest tylko zlepkiem tego co już powstało. Dla mnie jednak to coś niesamowitego, retrospekcja kilku krótkich opowieści, które połączone nagle tworzą logiczną całość, spójną historię.
Album oprócz podsumowania twórczości, obrazuje dojrzałość artystyczną Fisza. I tu znów ktoś mógłby powiedzieć, że to nie dojrzałość, ale wyniosłość. Jak można wychwalać samego siebie… Można, to jest świadomość własnych umiejętności, poparta doświadczeniem.
Wsłuchując się w dźwięki, dopada kolejna retrospekcja. Można usłyszeć zarówno „Piątek 13” dzięki podkładom Emade jak i odrobinę „Heavy metal’u”. Jest też trochę ‘brudnego’ „Kim Nowak”, pewnie za sprawą gitary Sobolewskiego. Ale przede wszystkich podkłady przepełnione są nawiązaniami do twórczości takich składów jak Beastie Boys.
Na koniec znalazły się remix’y. Na ich temat nie mogę się wypowiedzieć. Nie znam się na temacie. Jedyne co mam prawo zakomunikować, to to, że mi się podoba. Nie jestem ekspertem. A nawet jeśli, to jaki ekspert ma prawo mówić, czego mają pragnąć nasze uszy. Mogę tylko powiedzieć, za cała płyta mi się podoba. Podoba, to mało. Może po raz kolejny gloryfikuję, ale to moja muzyczna miłość. Genialne podsumowanie dekady twórczości. Genialny prezent na koniec roku. Genialne dźwięki na rozpoczęcie nowego roku.
„Znasz tę historię, ciągle nie ma końca…” Czekam na więcej.
10/10 przez sentyment innej oceny dać nie mogę
PS. Wielki pluuuuuus dla pana Velliquette, praca wykorzystana na okładce również jest genialna. Wizualne doznania także zaspokojone.






Dodaj komentarz